Aurélien Sanchez, jedyny Francuz w gronie zwycięzców Barkley
© Jean Despiau et Maxime Audouard

Aurélien Sanchez, jedyny Francuz w gronie zwycięzców Barkley

CP
Autor: Charles-Emmanuel Pean

Opublikowano śr., 9 września 2026

Zaktualizowano śr., 9 września 2026

Do dziś pozostaje jedynym Francuzem, który zapisał swoje nazwisko w historii Barkley, legendarnego amerykańskiego biegu. Zwycięzca z 2023 roku i dopiero 16. finisher tego uważanego za najtrudniejszy trail na świecie, Aurélien Sanchez wciąż szuka kolejnych granic. Rozmowa z zawodnikiem, który niedawno ustanowił rekord Pacific Crest Trail, jednej z najbardziej ekstremalnych tras na świecie...

Od 1986 roku, gdy odbyła się pierwsza edycja, Barkley przy pierwszej próbie ukończyło zaledwie siedmiu biegaczy: Mark Williams w 1995 roku, Ted Keizer w 2003, Brett Maune w 2011, Jared Campbell i John Fegyveresi w 2012, Aurélien Sanchez w 2023 oraz Ihor Verys w 2024 roku… Z kolei w 2025 i 2026 roku nikt nie ukończył biegu. To mówi samo za siebie. Kiedy spotykamy Auréliena, trudno wyobrazić sobie niewiarygodnego sportowca kryjącego się za tym spokojnym uśmiechem i olimpijskim spokojem. Aurélien Sanchez twardo stąpa po ziemi. Choć trzeba przyznać, że bywa to ziemia dość niestabilna. Taka jak ta, która tworzy arenę Barkley Marathon: góry Frozen Head State Park w hrabstwie Morgan w Tennessee, niezbyt słynące z gościnności… Krótkie przypomnienie: bieg w południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych liczy około 200 km, choć dystans zmienia się w zależności od edycji, i mniej więcej 20 000 metrów przewyższenia. Zawodnicy mają do pokonania pięć pętli w maksymalnie 60 godzin, w dodatku w chłodnej porze roku. W 2026 roku nikomu nie udało się ukończyć wszystkich pięciu pętli. Warto wiedzieć, że twórca biegu, niepowtarzalny Gary Cantrell, znany jako „Lazarus Lake”, zaprojektował swoją imprezę tak, by jej ukończenie było niemal niemożliwe. Na pierwszego finishera trzeba było czekać do 1995 roku, czyli dziewięć lat od powstania biegu! To, jeśli w ogóle było to potrzebne, pokazuje skalę wyczynu Auréliena Sancheza z 2023 roku.

Zanim zabłysnął na Barkley, Aurélien Sanchez dokonał kilku innych znaczących wyczynów w świecie ultra. W 2018 roku, mieszkając w Stanach Zjednoczonych, ten zawodnik z Oksytanii wygrał słynny John Muir Trail, liczący 359 km i 14 000 metrów przewyższenia, pokonując trasę w 3 dni, 3 godziny i 55 minut. Rok później zrobił to samo na Baldy Marathon w Kalifornii, gdzie pokonał 160 km w mniej niż 60 godzin. Po powrocie do Francji w 2020 roku wystartował w Wandei w biegu Dernier Homme Debout w Saint-Laurent-sur-Sèvre. Dystans 127 km i 4420 metrów przewyższenia pokonał w 13 godzin i 54 minuty. W tym samym roku podjął wyzwanie przejścia GR10 przez Pireneje, z Banyuls-sur-Mer do Hendaye. Pokonał całą trasę w 12 dni, bez jakiegokolwiek wsparcia z zewnątrz. Właśnie takie wyzwania uwielbia, a ten konkretny miał określony cel: „Wszystko, co robię od trzech lat, ma mi pomóc dostać się na Barkley” mówił w 2020 roku.

Mamy 2026 rok, a Aurélien wciąż szuka mocnych wrażeń w świecie ultra. Spotkaliśmy go w Paryżu podczas rozmowy z reżyserem Fabienem Duflosem o Barkley. Biegacz pochodzący z departamentu Aude chętnie opowiedział nam o swoim zwycięstwie z 2023 roku, ale także o trudnościach, z którymi mierzył się podczas kolejnych edycji. Jego myśli są już jednak skierowane ku następnemu wyzwaniu: Pacific Crest Trail (PCT). Jak widać, za tą spokojną twarzą cały czas coś się dzieje…

Aurélien, jaki jest pierwszy obraz, który przychodzi ci do głowy, gdy wspominasz zwycięstwo na Barkley w 2023 roku?

Obraz, który zachowałem w pamięci… Uwaga, nie ma w tym nostalgii, to już przeszłość. To moment, który jest dziś za mną, choć muszę przyznać, że wciąż mocno się we mnie zakorzenił (uśmiech). Widzę finisz piątej pętli, kiedy dotykam tej słynnej żółtej bramy i świętujemy wszyscy razem z Lazem (przyp. red. Lazarus Lake, twórca biegu, na zdjęciu poniżej) oraz całą społecznością. Przez sześć lat nikt nie ukończył tego biegu. I poza moim indywidualnym wynikiem widać, że świętujemy coś większego: fakt, że Barkley doczekał się finiszera. To niemal wspólne zwycięstwo nad tym biegiem. Nie świętujemy wyłącznie mojego ukończenia. Poza tym obrazem kryje się długi projekt, który mnie ukształtował, a także prawdziwe zwieńczenie pewnego etapu mojego sportowego życia.

© Michael Hodge
Lazarus Lake daje sygnał do startu, odpalając papierosa…

Wspomniałeś o Lazarusie Lake’u, twórcy tego biegu. Po wszystkich edycjach, w których brałeś udział, czyli w 2023, 2024, 2025 i 2026 roku, udało ci się rozwikłać otaczającą go tajemnicę?

Laz niekoniecznie ma w mediach wizerunek, który dobrze go oddaje. Czasem przedstawia się go jako guru sekty, człowieka, który chce nam zadać cierpienie, albo po prostu ekscentryka. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: chce dla nas dobrze i jest bardzo inteligentny. Dlaczego wymyślił ten bieg? Od zawsze pasjonował się ultra. Stworzył mnóstwo biegów. Dlaczego tak bardzo lubi ultra? Myślę, że chodzi o dwie rzeczy: przeżywanie emocji, a potem opowiadanie historii. Wszyscy dlatego biegamy ultra, żeby doświadczać emocji, a później móc powiedzieć: „przeżyliśmy to i tamto”. Barkley jest właśnie tym, tylko doprowadzonym do ekstremum. Doświadczamy tam skrajnych emocji, zarówno negatywnych, jak i pozytywnych. Dlatego Lazarus ustawił poprzeczkę tak, by finiszowało zaledwie 1% zawodników. Barkley najczęściej się nie kończy, a kończy porażką. Ale kiedy ktoś go ukończy, pojawiają się niezwykle silne, bardzo rzadko spotykane pozytywne emocje. Taki był sens tego pomysłu. Tylko 1% finiszerów, za to świętowanych jak nigdy. Po drodze są oczywiście porażka, nauka i pokora. A to nikomu nie zaszkodzi. No i zostają historie. Kiedy spotykamy się na Barkley, Lazarus uwielbia opowiadać o poprzednich edycjach. To go bawi. Dla niego życie jest po prostu grą. Nic bardziej skomplikowanego.

Urodziłeś się tuż na północ od Pirenejów, a zanim pojawił się trail, była turystyka piesza. Czy dzieciństwo predestynowało cię do ultra?

Nie, zupełnie nie. Byłem od tego bardzo daleko. Jako nastolatek w stu procentach żyłem piłką nożną. I moim zdaniem to zupełnie inne wartości, zupełnie inny świat. Pamiętam krótkie wycieczki, na które chodziłem z ojcem zbierać grzyby. Nie czułem się wtedy szczególnie na swoim miejscu. Wolałem boisko piłkarskie niż las, samotność i chodzenie poza szlakiem. Pewnie byłem za młody, żeby docenić te chwile. Wędrówki nie były wtedy specjalnie moją bajką. Ale myślę, że u wielu dzieci takie rzeczy zostają gdzieś głęboko i wracają później, kiedy dorastamy, zaczynamy doceniać przebywanie na łonie natury, krajobrazy i całe otoczenie. Byłem bardzo wysportowany, więc na pewno dało mi to solidną bazę. Gdybym nie uprawiał sportu, wejście w ultra byłoby oczywiście trudniejsze. Ultra i turystyka piesza pojawiły się u mnie dopiero później. Jeszcze później przyszła potrzeba przekraczania własnych granic. Pod tym względem byłem jednak dobrze wyposażony, bo od zawsze miałem w sobie żyłkę rywalizacji. Kiedy byłem młody, chciałem być najlepszy. Dziś naprawdę chcę być najlepszą wersją siebie i znacznie mniej porównuję się z innymi. Wtedy rzeczywiście mocno rywalizowałem z otoczeniem. Ale ten wewnętrzny, głęboki, wrodzony instynkt rywalizacji zawsze we mnie był. Zawsze chciałem robić więcej i lepiej. To bardzo indywidualna sprawa. Nie każdy chce przekraczać granice i wychodzić ze strefy komfortu. Tego nie potrafię wyjaśnić. Myślę, że u każdego wygląda to inaczej.

Aurélien Sanchez© Jean Despiau i Maxime Audouard.

Później pojawiły się Stany Zjednoczone. To tam narodziło się zainteresowanie trailem?

Zdecydowanie. I stało się to zupełnie naturalnie, nawet tego nie planowałem. Próbowałem tam grać w piłkę, ale to nie było to samo. Sport był mniej zorganizowany niż we Francji, więc mi się nie spodobał. Za to wszędzie były szlaki i wycieczki. Nie dało się ich przegapić. Nie można było ominąć pięknych tras w Arizonie czy Wielkiego Kanionu. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się turystyką pieszą, po prostu musi tam pójść. To niemal obowiązkowe! Zacząłem więc chodzić po górach, chcąc odkrywać wielkie przestrzenie Arizony i amerykańskiego Zachodu. Wszystkie weekendy spędzałem na szlakach i w ten sposób przeszedłem drogę od piłkarza do turysty. Po powrocie do Francji trail pojawił się stopniowo, jako przedłużenie wędrówek, które rozpocząłem w Stanach. Zacząłem poznawać słownictwo związane z ultra, interesować się całą społecznością ultrabiegową i różnymi biegami…

Kiedy nastąpił przełom? Pamiętasz ten moment?

Pamiętam go dokładnie, bo chodziło o wędrówkę w Wielkim Kanionie. Zaproponowałem w mediach społecznościowych, żeby ktoś do mnie dołączył, bo miałem iść sam, a wiedziałem, że to bardzo wymagająca trasa. Wiele osób pisało mi, że nierozsądnie jest iść tam samemu, a nawet z innymi, bo trasa prowadzi poza szlakiem, nie ma wody i jest naprawdę trudna. Krótko mówiąc, uznano mnie w mediach za trolla. Pomyślałem więc: robi się gorąco, chyba nie do końca wiem, w co się pakuję… Na początku posłuchałem tych opinii. Później jednak stwierdziłem: dobra, nieważne. Jeśli zrobię wszystko jak należy, spróbuję. A w najgorszym razie zawrócę. Ostatecznie udało mi się pokonać trasę w 13 godzin, idąc i biegnąc. Dopiero później zrozumiałem, że były to dwie zupełnie różne aktywności. Oni byli turystami z dużymi plecakami. Ja, choć jeszcze o tym nie wiedziałem, zachowywałem się bardziej jak ultrabiegacz i pokonywałem trasę biegiem.

To właśnie wtedy narodziła się twoja obsesja na punkcie Barkley?

Chciałem znaleźć najbardziej ekstremalną wędrówkę, jaka istnieje, żeby wyjść ze strefy komfortu i sprawdzić siebie. Kiedy zacząłem szukać informacji, okazało się, że najbardziej ekstremalnym wyzwaniem pieszym jest Barkley. To zdecydowanie nie jest bieg, na którym dużo się biegnie. To prawdziwa orka, „bieg dla dzików”, jak mówią niektórzy. I wtedy coś we mnie zaskoczyło. Pomyślałem, że to idealna, ostateczna wędrówka, podczas której chcę się sprawdzić. Dlatego mówię, że nie przeszedłem nawet przez ultra czy bieganie. Przeskoczyłem od turystyki pieszej prosto do Barkley.

Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś, że możesz osiągnąć coś naprawdę dużego w sporcie?

W końcu zacząłem się zastanawiać, jak wystartować w Barkley. Wtedy zobaczyłem, że ktoś ustanowił rekord na John Muir Trail. Pomyślałem więc: to będzie mój cel. Raz przegrałem, drugi raz też, a za trzecim podejściem się udało. Z zewnątrz wygląda to dość spektakularnie, ale w środku są przede wszystkim praca i konsekwencja. Nie ma żadnej „magii”. Były wielkie porażki i bardzo dużo się nauczyłem. Po raz pierwszy pomyślałem, że naprawdę mogę coś osiągnąć, gdy w 2018 roku ustanowiłem rekord na John Muir Trail. To był mój pierwszy duży projekt, pierwszy krok na drodze do Barkley. Kiedy pobiłem rekord bez wsparcia, pomyślałem: teraz robi się ciekawie, zaczynam robić rzeczy podobne do tych, które inspirują mnie u innych. Na pewno mam w sobie odporność psychiczną. To był mój pierwszy ważny sygnał.

© Wikipedia / CC BY-SA 4.0

Mówisz o Barkley jako o „biegu dla dzików”…

Szlaki i ścieżki są tam tak niewygodne, że niemal każdy krok jest walką. Cały czas poruszamy się po nachyleniach sięgających 40 procent. Nic dziwnego, że często widać ślady dzików. Zresztą także w tym roku niektórzy trafili na dużą norę dzików. Poruszamy się razem z nimi i korzystamy z ich ścieżek. To zdecydowanie ich teren…

Czy tegoroczna zła pogoda pod koniec biegu okazała się zbyt dużą przeszkodą?

Przez trzy lata pogoda na Barkley była idealna, a mimo to w dwóch edycjach nie było żadnego finiszera. Trasa bardzo zmieniła się w ciągu ostatnich dwóch lat. Nawet pomijając pogodę, jest niezwykle trudna i wymagająca. Kiedy dołącza do tego pogoda, robi się niemal niemożliwie. Przy obecnym przebiegu wszystko musi się ułożyć. Potrzebne są przygotowanie fizyczne i mentalne, odpowiedni sprzęt oraz umiejętność nawigacji… A do tego szczęście do pogody! Kiedy warunki są tak katastrofalne jak w tym roku, uważam, że ukończenie jest po prostu niemożliwe. Być może zależy to od czasu trwania załamania, ale jeśli przez 60 godzin jest tak źle, nie ma szans. Przy nachyleniu 40 procent, w ziemi, a właściwie w błocie… Pod górę idzie się na czworakach! Nie posuwamy się właściwie do przodu.

W 2020 roku przeszedłeś Pireneje w 12 dni bez wsparcia, z minimalnym wyposażeniem i bardzo oszczędnym przygotowaniem. Dużo mówisz jednak o wizualizacji, czyli psychicznym przygotowaniu na negatywne scenariusze. Możesz opowiedzieć o tym szerzej?

To dla mnie najważniejsza sprawa: umiejętność stawienia czoła sytuacjom, które z definicji będą trudne. Tak się do nich przygotowuję. Być może potrzebuję tego bardziej niż inni zawodnicy. Czuję, że ważne jest zwizualizowanie celu, warunków i tego, co potencjalnie może się wydarzyć. W ultra wszystko opiera się na adaptacji. Nieustannie coś się zmienia: teren, pogoda, nasza forma fizyczna, motywacja… Musimy cały czas na to reagować. Im więcej energii będzie nas to kosztować, tym trudniej będzie doprowadzić sprawę do końca, jeśli nie jesteśmy przygotowani. Jasne, jeśli ktoś nie potrafi być elastyczny, nie ma sensu podejmować się takiej przygody… Chodzi jednak o to, by maksymalnie przewidzieć możliwe scenariusze i ograniczyć liczbę sytuacji, do których musimy się dostosować. Dzięki temu możemy skupić się tylko na tym, czego rzeczywiście nie da się zaplanować. Nawet pogodę można sobie wyobrazić. Możemy założyć, że jeśli będzie zimno, weźmiemy dodatkowe pary rękawic, a jeśli będzie padać, spakujemy spodnie przeciwdeszczowe. Trzeba to sobie wcześniej przepracować, bo kiedy zaczyna padać, nie tracimy czasu na zastanawianie się: zakładamy spodnie i kurtkę przeciwdeszczową i sprawa załatwiona. Jeśli tego nie przewidzieliśmy, w głowie od razu pojawia się myśl: „O nie, pada, będzie masakra, a ja liczyłem na słońce”…

Aurélien Sanchez© Jean Despiau i Maxime Audouard

Co wydarzyło się w tym roku na Barkley?

Źle wyobraziłem sobie ten wysiłek. Kiedy musiałem walczyć, nie byłem już w stanie dać z siebie więcej. Z perspektywy czasu chciałbym lepiej zwizualizować wysiłek i trudności, które trzeba pokonać. W tym roku największym wyzwaniem były zimno i wiatr, wszystko naraz. Trzeba było przygotować się na konkretny moment biegu, kiedy będzie mi zimno, będę zmęczony, nie będę miał ochoty iść dalej i być może nie będę w stanie jeść… Kiedy potencjalnie położę się na szlaku, bo będę zbyt wyczerpany. Jeśli się na to przygotowałeś, wiesz, że tak będzie, i idziesz dalej. Ja nie byłem jeszcze wystarczająco dobrze przygotowany. Kiedy zobaczyłem, że droga powrotna do obozu prowadzi w lewo, a po prawej zaczyna się bardzo trudny szlak, nie byłem gotowy, żeby nim pójść. Gdybym wcześniej wyobraził sobie to w ten sposób, zaakceptował przed startem, że znajdę się w takiej sytuacji i że to część gry, być może wytrzymałbym trochę dłużej. Miałem jednak bardzo trudny moment, który kosztował mnie ukończenie biegu. Przygotowanie mentalne i wizualizacja przed startem są w ultra kluczowe. To 90 procent roboty. Można być wytrenowanym albo nie, ale jeśli tego nie ma, dla mnie jesteśmy ugotowani.

Skąd bierze się przyjemność w uprawianiu ultra?

Rzeczywiście może to wyglądać jak sport dla masochistów, w którym sami zadajemy sobie ból. Ale kiedy wschodzi słońce i zbliża się meta, satysfakcja z wykonanej pracy i wysiłku jest jeszcze większa. Nigdy nie przeżyłem tak silnego poczucia przekroczenia własnych granic jak wtedy, gdy udało mi się zwizualizować trudności, stawić im czoła i przesunąć własne limity. To właśnie ten potrójny proces: wyobrazić sobie wszystko, przeżyć to i zaakceptować. Łatwo powiedzieć. Czasami nie potrafię tego zrobić, tak jak w tym roku na Barkley.

Pamiętasz momenty z edycji 2023, w których zwątpiłeś?

Było ich wiele. Najtrudniejszy przyszedł po 38 godzinach biegu. To była ostatnia noc. Zacząłem się zataczać, widziałem jak przez mgłę i zasypiałem na szlaku… Chaos. Była około północy, a przede mną wciąż siedem godzin nocnego biegu. Zacząłem też słyszeć dźwiękowe halucynacje. Pomyślałem, że to początek końca. Trzymałem się tego, co wiedziałem. Co trzeba wtedy zrobić, przynajmniej w moim przypadku? Sięgnąć po kofeinę, bo mi pomaga, coś zjeść… Dobrze się nawodnić i odżywić. Po 30 minutach było lepiej. Ale to był naprawdę bardzo trudny moment, zasypiałem na stojąco. Reszta nocy przebiegła już dobrze…

Jak w takim stanie, kiedy zataczasz się i niemal masz halucynacje, radzisz sobie z nawigacją?

Wtedy akurat nie byłem sam. Towarzyszył mi Belg Karel, który również ukończył Barkley w tamtej edycji. Nie współpracowaliśmy jednak idealnie, bo on także był zmęczony. Liczył więc na mnie, a ja na niego. W takich warunkach popełniliśmy błąd nawigacyjny. Kiedy poczułem się lepiej, postanowiłem przejąć inicjatywę i ruszyć sam. Jeśli to możliwe, lepiej się zatrzymać i odzyskać jasność myślenia. Za każdym razem, kiedy się gubimy, pytanie brzmi: jak bardzo jest już za późno? Lepiej, jeśli błąd kosztuje pięć minut. Na szczęście najczęściej właśnie tak było. Jeśli tracimy 30 minut, oznacza to, że naprawdę nie jesteśmy już przytomni. Na szczęście zwykle były to pomyłki rzędu 5–10 minut. Kiedy jesteśmy w nieznanym miejscu, podejmujemy wtedy małe zakłady z samym sobą. Próbujemy wybrać właściwy i najszybszy kierunek. Zwykle opieramy się na kilku sprawdzonych przesłankach. Przez 5–10 minut zawsze towarzyszy nam stres i pytanie, czy idziemy dobrą drogą. Kiedy w końcu odnajdujemy właściwy kierunek, zwykle wszystko wraca do normy. Pomagają punkty orientacyjne: ukształtowanie terenu, grań, rzeka czy charakterystyczna roślinność. Nawigujemy przede wszystkim na podstawie rzeźby terenu, grani i wąwozów. A na Barkley, kiedy znajdujemy książkę, mamy pewność, że jesteśmy na właściwej trasie.

Skąd wziął się pomysł z książkami (przyp. red. zawodnicy muszą przynosić strony z książek jako dowód pokonania trasy)?

Na początku na trasie Barkley nie było żadnych książek. Laz mówił po prostu: „pokonajcie trasę i wróćcie”. Nie miał jednak żadnego sposobu, żeby sprawdzić, kto rzeczywiście przeszedł właściwą drogą. To jeden z zawodników, Ed Furtow, wpadł na pomysł, żeby rozłożyć na trasie książki i wyrywać z nich strony… Lazarusowi się to spodobało.

Wróćmy do edycji 2026. Przed biegiem i w jego trakcie stworzyliście prawdziwą francuską ekipę…

To był mój pomysł. Rzeczywiście spędziliśmy cały tydzień razem, cała piątka Francuzów. Wcześniej zorganizowaliśmy się z Guillaume’em (Calmettesem) i Ronanem (Pierre’em), a później dołączył do nas Sébastien Raichon, kiedy go zaprosiliśmy. Mathieu (Blanchard), którego znaliśmy słabiej, uzupełnił skład. Dla niego był to pierwszy start w tym biegu. To ja zaproponowałem, żebyśmy jako Francuzi spędzili razem cały pierwszy tydzień, i naprawdę było świetnie. Nie traktowaliśmy się jak rywale, tylko jak kumple, co na Barkley zdarza się często. Po raz kolejny: to nie jest wyścig przeciwko innym, tylko przeciwko samemu biegowi, wszyscy razem. Między nami wszystko układało się bardzo dobrze. Podczas biegu również długo trzymaliśmy się razem. Później każdy, siłą rzeczy, zaszedł mniej lub bardziej daleko. Ale zupełnie się tym nie przejmowaliśmy. Nikt nie miał wyrzutów sumienia, że dotarł dalej albo bliżej niż pozostali. Stworzyliśmy tam świetną społeczność. To było naprawdę wspaniałe… Świetne wspomnienie!

Pod koniec edycji 2026 padły z twoich ust dość mocne słowa… Naprawdę skończyłeś z tym biegiem?

(Uśmiech) Nie, nie sądzę, żeby to był koniec… Rzeczywiście zareagowałem pod wpływem emocji. Ale kiedy spojrzę na to na chłodno, nie wydaje mi się, żeby sprawa była zamknięta. Nigdy nie mów nigdy. Z pewnością potrzebuję przerwy. Samo zaangażowanie w ten projekt… Dla mnie nie liczy się wyłącznie wynik, nie on napędza mnie przed kolejnymi startami albo decyzją o ich braku. Chodzi o to, że ten bieg wymaga ogromnego zaangażowania. Za każdym razem zabiera dwa albo trzy miesiące roku, podczas których trzeba trenować jak szaleniec, a później pojechać do Stanów i tak dalej. To co najmniej dziesięciodniowa podróż, którą na szczęście odbywam z partnerką. To ogromne zobowiązanie. Oczywiście jest to pasja i nie będę narzekał, bo sam tego chcę. Ale pasja zajmuje w codziennym życiu bardzo dużo miejsca. Jeśli chodzi o mnie, nie znalazłem jeszcze klucza do otwarcia tych dodatkowych mentalnych szuflad, których potrzebowałem, żeby zajść dalej w tym biegu. To chyba znak, że mam jeszcze wiele do przeżycia i odkrycia gdzie indziej, że powinienem rozwijać się, inspirować innymi ludźmi i szukać tych kluczy w innych projektach.

Nie wyglądasz na nasyconego, mimo wszystkich sukcesów…

Dzięki Barkley zrozumiałem, że ukończenie biegu już w pierwszym roku zamknęło we mnie kilka mentalnych szuflad i trudniej mi dotrzeć tak daleko, jak mógłbym, gdybym wtedy nie ukończył trasy. Muszę to zaakceptować. Nie chodzi o brak chęci ani zaangażowania, bo za każdym razem dawałem z siebie ogromnie dużo. Potrzebuję jednak nabrać dystansu do tego biegu, bo jest zbyt wymagający. Wymaga od człowieka ogromnego wysiłku na każdym poziomie. Dlatego prawdopodobnie nie był to mój ostatni start, a przynajmniej mam taką nadzieję. Ale nie nastąpi to szybko. Życie jest długie, mam nadzieję. Mam 35 lat. W bieganiu można być aktywnym przez długi czas. Za dziesięć lat będę miał 45 lat. Jeśli wtedy, albo wcześniej czy później, zechcę wrócić, zobaczymy. Nigdy nie mów nigdy. Ale wyraźnie czuję, że kończy się pewien cykl. To pewne. Przez cztery lata czerpałem z tego biegu pełnymi garściami. Teraz skupię się na innych przygodach, żeby nadal się rozwijać.

Jak właściwie wygląda przygotowanie Auréliena Sancheza przez dwa, trzy miesiące?

To dużo objętości i wiele weekendów w Pirenejach. Dla przykładu, w ciągu dwóch miesięcy zrobiłem 80 000 metrów przewyższenia, czyli 10 000 metrów tygodniowo. To zajmuje mnóstwo czasu. Dochodzą do tego liczne wizyty u fizjoterapeuty, trening siłowy i tak dalej. Wychodzi około 25 godzin treningu tygodniowo. Przygotowuję się do Pacific Crest Trail, legendarnego amerykańskiego szlaku prowadzącego przez Stany Zjednoczone, od Meksyku do Kanady. Przygotowania potrwają półtora do dwóch miesięcy. Do zaplanowania jest 4200 km logistyki. Jadę z partnerką Lucille i jej kuzynem Martinem. Przygotowuję się intensywnie, bo nigdy wcześniej nie pokonałem tak długiego dystansu…


AKTUALIZACJA z 25 lipca 2026 roku

Ten artykuł powstał tuż przed startem Auréliena na Pacific Crest Trail, „szlaku” o długości 4240 kilometrów, który prowadzi przez Stany Zjednoczone, od granicy z Meksykiem do granicy z Kanadą. Francuski biegacz po raz kolejny pokazał niezwykłą wytrzymałość i odporność psychiczną, ustanawiając rekord PCT wynikiem 45 dni, 20 godzin i 15 minut. Poprawił tym samym o 16 godzin i 35 minut rezultat Belga Karela Sabbe z 2016 roku. Trudno znaleźć odpowiednie słowa na opisanie takiego wyczynu!