Wywiad z Frédérikiem Tranchandem, zwycięzcą OCC 2026: „Zwycięstwo w Chamonix naprawdę robi hałas”
Podczas swojego debiutu w tygodniu UTMB i na tak długim dystansie Frédéric Tranchand, mistrz świata w trailu na krótkim dystansie z 2025 roku, nie zamierzał się oszczędzać. Zdominował tegoroczny bieg OCC na trasie 60 km i z przewyższeniem 3500 m. Kilka tygodni po tym efektownym triumfie zawodnik Merrell opowiada mytrails.com o swoim głośnym zwycięstwie.
Frédéric, jak z perspektywy czasu odbiera pan zwycięstwo w OCC?
To był jeden z najważniejszych celów mojego sezonu, a może nawet coś więcej. Już samo jego osiągnięcie dało mi ogromną satysfakcję. Cieszę się też z tego, jak ten bieg się ułożył: szybko wypracowałem przewagę i utrzymałem ją do samej mety. To było świetne. Dziś coraz lepiej rozumiem rangę i znaczenie tego zwycięstwa. W świecie trailu wygrana w jednym z biegów UTMB jest naprawdę ważnym punktem odniesienia. Zyskuje się ogromną widoczność i rozgłos. Zwycięstwo w Chamonix naprawdę robi hałas. Choć dla mnie tytuł mistrza świata w trailu na krótkim dystansie z 2025 roku wciąż stoi chyba jeszcze wyżej, nawet jeśli odbił się mniejszym echem.
Kiedy mówi pan, że to był jeden z celów sezonu, a może nawet coś więcej, ma pan na myśli cel całej kariery? Czy wygrana w jednym z biegów UTMB Mont-Blanc jest właśnie takim celem?
Myślę, że zwycięstwo w OCC, nawet jeśli zajmuje to kilka lat, jest celem każdego traileura. Przed startem zachowywałem dużą ostrożność, bo to jednak długi dystans i chciałem mieć pewność, że jestem na niego gotowy. Do tej pory startowałem w krótszych zawodach, a OCC było dla mnie już biegiem ultra. To przecież 60 km i ponad 3500 m przewyższenia, więc miałem do tej trasy ogromny respekt. Być może nie czułem się jeszcze gotowy, żeby zmierzyć się z nią od razu, dlatego minęło kilka lat, zanim zdecydowałem się spróbować.
Wyobrażam sobie, że tak długi dystans wpłynął na przygotowania i trening. Jak przygotowywał się pan do tego startu?
W maju 2026 roku zamieszkałem w Argentière, niedaleko Chamonix. Dzieliłem mieszkanie z innymi zawodnikami, żeby lepiej poznać teren i trasę. Mogłem w pełni skoncentrować się na przygotowaniach do tego biegu. Ubiegłoroczne mistrzostwa świata były pod względem czasu trwania niemal porównywalne, różnica wynosiła najwyżej 20–30 minut. Nie wchodziłem więc całkowicie w nieznane i mogłem zastosować niemal identyczny model przygotowań: wiosną zacząłem od zawodów skyrunningowych, a latem nie startowałem, tylko trenowałem konkretnie pod OCC. Robiłem długie wyjścia w góry i dużo treningu specyficznego na trasie OCC. Niektóre odcinki znałem już na pamięć, co z pewnością było dodatkowym atutem.
Czy czuł pan ciężar tytułu mistrza świata na swoich barkach?
Przyzwyczaiłem się do tego. Przed każdym startem często przedstawia się mnie jako faworyta i aktualnego mistrza świata, więc byłem na to przygotowany i nie wpłynęło to na mnie w szczególny sposób.
Zaczynał pan sport na najwyższym poziomie od biegu na orientację, potem przeszedł przez skyrunning i trail na krótkich dystansach. Czy sukces w OCC otwiera przed panem nowy rozdział kariery w ultra?
Może nie nowy rozdział, ale byłaby to logiczna kontynuacja. Ten wynik potwierdza, że potrafię skutecznie rywalizować na nieco dłuższych dystansach. Widzę, że na krótszych trasach, na przykład w cyklu Golden Trail Series, mam coraz mniejsze szanse, by walczyć z najlepszymi. Za to na dystansach od 45 do 60 km naprawdę dobrze sobie radzę: potrafię rozłożyć siły, dać z siebie wszystko i wytrzymać do końca. Dwa czy trzy lata temu niekoniecznie było to możliwe.
Jak wyglądały dwa, trzy dni po OCC? Miał pan czas nacieszyć się wydarzeniem?
Szczerze mówiąc, mieszkanie na miejscu, w rozsądnej odległości od Chamonix, było dobrym rozwiązaniem. Każdego wieczoru mogłem spać u siebie, co było bardzo wygodne, a dzień po starcie odpowiedziałem na różne zaproszenia i prośby o rozmowę. Reszta weekendu była spokojniejsza. Mogłem pojawić się na trasach innych biegów i dopingować między innymi współlokatorów startujących w CCC, w deszczu, podczas ostatniego podejścia. Albo śledzić UTMB z własnego domu.
Czy takie dystanse pana inspirują, czy wydają się jeszcze nie do pomyślenia?
Oczywiście, że inspirują. Nie ma co do tego wątpliwości. Pod względem sportowym to jednak zupełnie inna konkurencja. Zarządzanie wysiłkiem przez 20 czy 24 godziny wygląda zupełnie inaczej. Na pewno nie mógłbym ruszyć na pierwsze podejście jak szaleniec. Myślę jednak, że kiedyś spróbuję. Chciałbym sprawdzić, jak sobie poradzę. Czy będę na takich dystansach skuteczny, to już inna sprawa. Dopóki się nie spróbuje, nie można tego wiedzieć. Na razie nie chcę się rozpraszać.
Jak wygląda końcówka pańskiego sezonu 2026?
Zadeklarowałem udział w światowym cyklu Skyrunning. Zostały mi więc jeszcze dwa starty, w tym finał w Hiszpanii 7 listopada.
Na co poświęci pan zimę? Coraz więcej traileurów próbuje ski-alpinizmu. Pan również?
Spędziłem sporo lat w Skandynawii, między innymi w Finlandii, kiedy startowałem w biegach na orientację. Wtedy odkryłem narciarstwo biegowe i do dziś je uprawiam. Dodałem do tego trochę skitouringu, ale bez przesady, bo obawiam się kontuzji. Lubię zmieniać dyscypliny w ciągu roku. W sezonie jeżdżę też na rowerze górskim i szosowym. Zimą mam w planie dwa treningi siłowe tygodniowo.
Co, pana zdaniem, bieg na orientację wniósł do podejścia do trailu?
Niemal wszyscy zawodnicy z mojego pokolenia wywodzili się z innej dyscypliny. Dziś młodzi traileurzy specjalizują się bardzo wcześnie. Ja przyszedłem z biegu na orientację i ta dyscyplina mocno mnie ukształtowała. Od ponad 20 lat trenuję systematycznie, według ścisłego i poważnego planu. To doświadczenie pomaga mi do dziś. Bieg na orientację daje mi też dużą przewagę w czytaniu terenu, gdy na grani czy szczycie nie ma wyraźnej ścieżki. Pomaga wybierać najlepsze warianty trasy i znaleźć linię, na której można pobiec najszybciej.